Wsparcie to nie zawsze znaczy bycie przyjemnym

Wsparcie czasem oznacza postawienie granicy. A to jest dużo trudniejsze niż bycie „miłym”…

Wsparcie to słowo, które brzmi które częst kojarzy się z obecnością, spokojem, z kimś, kto usiądzie obok i powie: „rozumiem”. I rzeczywiście – często właśnie tego potrzebujemy najbardziej. Ale im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej widzę, że to tylko jedna strona wsparcia.

Druga jest znacznie trudniejsza, mniej wygodna i rzadziej nazywana. To moment, w którym wsparcie przestaje być łagodne i zaczyna oznaczać postawienie granicy. Moment, w którym ktoś mówi: „nie ma zgody na to”.

To zdanie zmienia wiele, bo nagle wsparcie przestaje polegać na byciu miłym, a zaczyna polegać na opowiedzeniu się po którejś stronie. A to już kosztuje.

Wielu z nas dorastało bez takich komunikatów. Zamiast jasnego „to nie jest w porządku”, częściej pojawiało się milczenie, odwracanie wzroku albo próba rozładowania napięcia: „nie przesadzaj”, „uśmiechnij się”, „inni mają gorzej”. Emocje, które nie mieściły się w obrazie „grzecznego dziecka” – jak złość czy smutek – były spychane na margines. Problem w tym, że one nie znikały. Zostawały w ciele, w relacjach, w sposobie patrzenia na siebie i świat.

Złość szczególnie źle znosi brak wsparcia. Kiedy ktoś obok nas nie reaguje na krzywdę, nie tylko zostajemy z bólem – zostajemy też sami z koniecznością jego obrony. A jeśli jesteśmy dzieckiem, to często nie mamy ani narzędzi, ani siły, żeby to zrobić. Wtedy złość nie ma gdzie pójść. Albo się kumuluje i wybucha później, albo zamienia się w coś innego: w wycofanie, w poczucie winy, w przekonanie, że „może tak ma być”.

Dlatego zdanie „nie ma zgody na przemoc”, „nie ma zgody na ciągłe krytykowanie”, „to nie jest w porządku” ma taką wagę.  Nie tylko zatrzymuje konkretną sytuację, ale jednoczesnie pokazuje, że są granice. Że nie wszystko jest względne. Że można nazwać coś złym i nie trzeba się z tego tłumaczyć.

A jednak w praktyce tak rzadko to robimy.

Nie dlatego, że nie mamy wartości. Często jest odwrotnie – mamy je, ale nie potrafimy ich użyć w momencie, kiedy są najbardziej potrzebne. W cztery oczy potrafimy powiedzieć: „to nie było w porządku”. W grupie często osoby nie reagują. W relacjach bliskich wahają się, żeby „nie psuć atmosfery”. W sytuacjach publicznych zamierają bądź wręcz obłaskawiają sprawcę, bo nie wiedzą, jak zareagować, żeby nie pogorszyć sprawy.

Pod tym milczeniem i obłaskawianiem kryje się czasem potrzeba bycia lubianym, czasem lęk przed konfliktem, a czasem zależność – emocjonalna albo finansowa, a czasem coś jeszcze bardziej podstawowego: odcięcie od własnego ciała i reakcji. Człowiek widzi sytuację, ale jej nie czuje wystarczająco, żeby zareagować. Jest bardziej w głowie niż w doświadczeniu.

To widać szczególnie w relacjach z dziećmi. Łatwo zauważyć skrajność – przemoc fizyczną. Na nią coraz rzadziej jest przyzwolenie. Ale dużo trudniej zareagować na coś, co jest „codzienne”: ciągłe strofowanie, zawstydzanie, umniejszanie. To się dzieje przy innych dorosłych, często bez żadnej reakcji. Jakbyśmy uznali, że to jeszcze mieści się w normie.

A przecież dla dziecka to nie to jest świat, w którym ono rośnie, a więc wyobraza sobie że nie jest wystarczający skoro jeden rodzic tak robił, a drugi nie reagował. 

Są też sytuacje, które szczególnie wyraźnie pokazują granice naszej gotowości do reagowania. Nie te oczywiste, w których „wiadomo, co zrobić”, ale takie, w których wszystko dzieje się za szybko, w obcym kontekście, bez poczucia wpływu.

Rok temu byłem w Algierii. W restauracji matka uderzyła kilka razy swoją kilkuletnią córkę po twarzy. Wokół siedzieli inni goście, prawdopodobnie sami miejscowi. Pamiętam, że mocniej usiadłem na krześle. I nic nie zrobiłem.

Powiedziałem sobie w głowie: „tu jest inaczej”, „to nie ja będę zmieniał czyjś sposób wychowania”. To były zdania, które pozwoliły mi zostać na miejscu.

A jednocześnie napięcie nie zniknęło razem z sytuacją. Ono wracało. Do dziś czasem wyobrażam sobie, że wstaję, podchodzę i spokojnie zaczynam rozmowę. Nie agresywnie, nie z pozycji wyższości, tylko po ludzku. Ale wtedy tego nie zrobiłem.

I myślę, że to doświadczenie mówi więcej niż jakakolwiek deklaracja. Bo ono nie dotyczy tylko odwagi albo jej braku. Ono dotyczy granicy — momentu, w którym nie wiemy, co jesteśmy w stanie zrobić, żeby nie pogorszyć sytuacji jeszcze bardziej.

To jest bardzo trudne miejsce. Pomiędzy obojętnością a bezradnością. Pomiędzy „nie chcę się wtrącać” a „to przecież nie jest w porządku”.

Podobne napięcie pojawia się dużo bliżej, w codziennych relacjach. Kiedy widzę znajomych, którzy strofują swoje dzieci, zawstydzają je albo mówią do nich w sposób, który zostawia ślad. Tu nie ma bariery języka ani kultury. A jednak często jest coś równie silnego: relacja.

Bo zareagowanie oznacza ryzyko. Że ktoś się obrazi. Że pojawi się napięcie. Że zostaniemy odebrani jako ci, którzy „wiedzą lepiej”. I wtedy znowu pojawia się to samo pytanie: czy powiedzieć coś, co może naruszyć relację, czy przemilczeć coś, co narusza dziecko?

Nie ma tu prostych odpowiedzi. Ale jest coś, co z czasem staje się coraz bardziej wyraźne: milczenie też jest wyborem. I też ma swoje konsekwencje.

Dlatego czasem wsparcie nie polega na tym, żeby zrobić wszystko idealnie. Tylko na tym, żeby zrobić cokolwiek, co jest w naszym zasięgu. Czasem to będzie krótkie: „hej, mam wrażenie, że to było trochę za ostre”. Czasem rozmowa później, w cztery oczy. A czasem – jeśli sytuacja tego wymaga – wyraźne „to nie jest w porządku”.

To nie zawsze zatrzyma czyjeś zachowanie. Ale może zrobić coś równie ważnego: przywrócić granicę tam, gdzie zaczynała się rozmywać. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *