W czerwcu ponownie wybrałem się na kurs Vipassany. Tym razem z zamiarem służenia, jednak praca w kuchni od 5:00 do 20:00 okazała się zbyt obciążająca fizycznie – zwłaszcza że od kilku miesięcy rehabilituję bark po kontuzji z wiosny 2025 roku. Przeszedłem więc na wielogodzinną medytację. Okazało się jednak, że kilkugodzinna praktyka i skanowanie ciała stanowiły jeszcze większe wyzwanie. Ból barku był tak silny, jakby wyrywano mi rękę, dlatego podjąłem decyzję o opuszczeniu kursu w połowie.
Uświadomiłem sobie, że nadszedł najwyższy czas na wprowadzenie codziennej praktyki. Zwłaszcza że mam taką cichą nadzieję by za 2-3 lata wyjechać na 20-dniowe odosobnienie, a tam warunkiem koniecznym jest utrzymanie dwuletniej, nieprzerwanej praktyki (po godzinie rano i wieczorem). A więc zacząłem od stałego, 45-minutowego bloku wieczornego. I choć pod koniec czerwca, w trakcie okropnych upałów, odpuściłem sobie na kilka dni, to z małymi przerwami, trwam w postanowieniu.
Strategie obronne, czyli ucieczka przed ciszą.
Praktyka wyciszenia sprawiła, że uświadomiłem sobie własne trudności w odnalezieniu się w jednostronnych rozmowach – często mam poczucie, że nie muszę w ciągu kilku minut za wszelką cenę zapełniać przestrzeni swoimi przemyśleniami, jeśli nie mam do powiedzenia niczego naprawdę istotnego. Jednak odnoszę wrażenie, że mówienie – a wręcz zalewanie rozmówcy potokiem słów – stało się dziś powszechną strategią obronną. W zależności od podłoża, to nadmierne mówienie może być odpowiedzią na różne potrzeby i stany:
- Lęk i niepewność: Potok słów staje się tarczą, która zagłusza stres. Osoba mówi bez przerwy, byle tylko nie dopuścić do momentu niezręcznej ciszy.
- Potrzeba uwagi i akceptacji: Często przejawia się jako oversharing, czyli dzielenie się bardzo osobistymi informacjami z nowo poznanymi ludźmi w nadziei na szybkie zbudowanie bliskości lub zdobycie aprobaty.
- Temperament i ekspresyjność (często powiązana z ADHD): Szybkie tempo myślenia przekłada się na chaotyczne, potokowe wypowiedzi i nagłe zmiany wątków. Myśli są wygłaszane w tym samym momencie co powstają, co często wynika z gonitwy myśli w głowie. To powoduje, że brakuje symetrii w rozmowie, a słuchaczowi m nawet jeśli chce wysłuchać, może być trudno za nadążyć za wątkami.
Wiem, jakim wyzwaniem – zwłaszcza w pierwszych dniach odosobnienia – jest skupienie się wyłącznie na oddechu. Właśnie dlatego tak cenię medytację i płynące z niej wyciszenie. Dajmy sobie możliwość odetchnąć od świata, ale też światu odetchnąć od nas samych😊. Gdy w tym roku odwiedzałem zamek Draculi w Branie, miałem w głowie scenę z bajki Hotel Transylwania. „Mówię 'bla, bla, bla’, bo mówię wtedy, kiedy mówię, że tego nie mówię”. Słuchając słów Draculi, uświadomiłem sobie, jak podsumowują one naszą codzienną paplaninę – gdzie często brakuje przestrzeni, gdzie trzeba się „wbijać” w słowa innej osoby, by coś powiedzieć. Zazwyczaj brakuje zdrowych zasad rozmowy, a my nie jesteśmy ich uczeni. Natomiast wprowadzanie ich w już ukonstytuowanej grupie wiąże się ze zmianą zasad, a na to nie zawsze jest gotowość. Sam czasem czuję skrępowanie, gdy mam wyjść z inicjatywą ustalenia takich zasad, a przecież chodzi tu o coś znacznie ważniejszego: o to, jak chcemy funkcjonować w relacji z poszczególnymi osobami i w całej grupie.
Strategie radzenia sobie z osobami zalewającymi.
Prawdziwa rozmowa to dawanie miejsca drugiej osobie. Tymczasem zdarzają się osoby, które wchodzą w interakcję, nawet nie sprawdzając, czy to nas w ogóle interesuje. Zaczynamy zadawać sobie w duchu pytania: „Po co mi to mówisz?”, „Naprawdę myślisz, że to dla mnie ciekawe?”, „Czy interesuje cię, jak ja się czuję z twoją opowieścią?”, „Czy jesteś zainteresowany mną i moimi wyzwaniami, czy tylko opowiadaniem swojej historii?”. Tak często się spotykamy, a tak mało siebie nie widzimy. Z czasem zaczynamy rezygnować z takich spotkań. Sam nie chcę uczestniczyć w spotkaniach, które często przypominają sytuację dziecka w domu – wykluczonego z rozmów, w których podejmowane są ważne decyzje dotyczące całej rodziny (grupy).
Terapia daje możliwość zmiany. Często wracam do tego że to już nie ogon steruje głową, że to głowa zaczyna decydować o tym, czego chce, w którą stronę zmierza i z kim. Dla mnie to ważny moment – widzę to w swoim gabinecie – jak klienci w trakcie terapii przechodzą od tego, „czego chcą inni” i „jak spełnić potrzeby innych”, w kierunku, „czego oni sami potrzebują”. Im więcej jest tego wsłuchiwania się we własne potrzeby, tym więcej pojawia się potrzeby postawienie granic w tej sytuacji. Coraz częściej stosuję celowe interwencje, które mają zatrzymać to gadanie. Sprawdzają się one w dwóch konkretnych sytuacjach.
Aby zatrzymać potok cudzych historii i przywrócić refleksję, można zapytać:
- „Po co mi o tym mówisz?”
- „Czy chcesz wiedzieć, jak ja się czuję z tym, co mi teraz mówisz?”
- „Jak to, co mówisz, ma się do celu naszego spotkania?”
- „Potrzebuje Cię zatrzymać i wrócić do poprzedniego wątku, bo mam wrażenie że nie jest on zakończony”.
- „Potrzebuję skończyć zdanie.”
- „Mam trudność, by wejść w rozmowę, kiedy nie zostawiasz w niej dla mnie przestrzeni.”
Wysłuchanie drugiego człowieka jest oczywiście ważne, ale musi mieć swoje ramy – nie może oznaczać zatracenia własnych granic.


