W tytule nie użyłem słowa „narcyz”, bo dla mnie to etykieta. Nie lubię etykiet, tak samo jak nie lubię ocen.
Po latach zrozumiałem, że miłość nie polega na byciu z kimś do grobowej deski, a tak często mówimy że „nie odpuszczę Cię do końca smierci”. I mimo że przeżyłem z była żoną blisko 20-lat to dziś uważam za zbawienne, że była tak bardzo zadowolona, że tego nie powiedziała w trakcie ceremoni. Po rozstaniu wziąłem na siebie trud i przyjemność wychowanie starszych dzieci, jedynie dzieląc sie najmłodszą.
Po kolejnej relacji zrozumiałem, że zwązek to nie ciągła emocjonalna intensywność. Tak się nie da. Relacja intymna ma wnosić spokój do życia, a nie przypominać maraton odpychania i przyciągania. Potrzebowałem przerobić skąd się jednak może brać to, że przyciągają mnie osoby o bardziej narcystycznym sposobie funkcjonowania, czasem z dodatkowymi trudnościami. W moim przypadku wynikało to z głodu miłości i uwagi, których nie dostałem w dzieciństwie. Wchodziłem więc na tę emocjonalną kolejkę górską i gdzieś po drodze się gubiłem. Im bardziej chciałem bliskości, tym częściej rezygnowałem z siebie. Jednocześnie związki z biegiem czasu się rozpadały.
Terapia pomogła mi uzmysłowić sobie, jak często w dorosłych relacjach powtarzamy coś emocjonalnie znajomego: niestabilność, pogoń za bliskością, próby zasłużenia na uwagę. Nie dlatego, że „lubimy cierpieć”, ale dlatego, że układ nerwowy rozpoznaje taki rodzaj więzi jako znajomy.
W książce „Osobowość narcystyczna naszych czasów” opisane są różne oblicza narcyzmu — bardziej wielkościowe i bardziej wrażliwe. To pomogło mi lepiej rozumieć pewne wzorce zachowań, które wcześniej mnie przyciągały.
Osoby typu Mr(s) Know It All na początku bywają trudne do rozpoznania, bo potrafią dawać uwagę i zainteresowanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy z drugiej strony pojawia się to samo — wzajemność, potrzeba dialogu albo informacja zwrotna dotycząca ich zachowania. Mam czasem wrażenie, że w takich momentach łatwiej im się wycofać niż zostać w trudnej rozmowie — a najlepiej w ogóle jej nie inicjować.
Zastanawiam się czasem, czy trudność w konfrontacji nie wiąże się z czymś bardzo bolesnym — samotnością, poczuciem niewidzialności albo doświadczeniami z domu. Mam też wrażenie, że relacje bywają dla takich osób bardziej sposobem regulowania własnych braków niż miejscem wzajemności. Z jednej strony może brakować im miłości i chcą być kochane, ale często miałem poczucie, że przepływ troski bywa jednostronny. Trudno się połapać w takiej relacji.
Takie osoby potrafią być atrakcyjne, bo wydaje się, że tak wiele wiedzą. Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy zaczynają wiedzieć, co jest lepsze dla Ciebie niż ty sam. (tu też mała uwaga do wyboru terapeutów i terapeutek — warto zwrócić uwagę, czy ma się z osobą wiedzącą lepiej, co jest dobre dla Ciebie).
Jakie zachowania stały się dla mnie sygnałem, że warto przyjrzeć się relacji?
- zawłaszczanie przestrzeni — zarówno fizycznej, jak i tej w rozmowie; trudność z ciszą, potrzeba, by ciągle coś się działo, albo przeciwnie — potrzeba ogromnej przestrzeni tylko dla siebie,
- bycie miłym dla większości (obłaskawianie innych), przy jednoczesnym ocenianiu ludzi i patrzeniu na nich z góry,
- narzucanie swojego zdania — przekonanie, że ktoś wie lepiej, co jest dobre dla ciebie,
- poczucie, że wartości zmieniają się zależnie od sytuacji, a relacje bywają podporządkowane własnemu interesowi,
- momenty, w których niezgoda przestaje być możliwa — gdy miałem poczucie, że moja perspektywa przestaje być ważna,
- częste ocenianie innych ludzi z pozycji osoby, która „wie lepiej” albo „świetnie sobie radzi”,
- wycofywanie się z konfrontacji lub brak refleksji i ciekawości wobec perspektywy drugiej osoby.
Każdy z nas ma w sobie pewną dozę narcyzmu — ja też. U siebie widzę pewnie więcej narcyzmu wrażliwego niż wielkościowego. Dla mnie ważniejsze od etykiet jest jednak to, jak funkcjonujemy w relacjach.
Czasem rozmawiasz z kimś i słyszysz, że u niego wszystko jest świetnie, a obok najbliżsi mierzą się z depresją, alkoholem czy innymi uzależnieniami. Bywa, że kolejne pokolenie w pewnym sensie musi zmierzyć się z tym, czego rodzic nie przeżył lub nie zobaczył.
Coraz bardziej widzę, że wymaga to przepracowania pierwotnych relacji — z matką i/lub ojcem. Zrozumienie i poczucie tego, czego nam zabrakło, pozwala stopniowo wychodzić z dawnych schematów i wybierać relacje z osobami bardziej refleksyjnymi — takimi, które potrafią dawać wsparcie i same również umieją je przyjmować. W tych relacjach dochodzi do zdrowienia.





